STRONY

czwartek, 27 marca 2014

Zwierzę to też człowiek. - Proszę przeczytaj.


Napisałam ten post już jakiś czas temu pod wpływem emocji, które mnie ogarnęły po przeczytaniu kolejnej historii o porzuconych przez ludzi kotach. Na samym początku chciałabym zaznaczyć, że tekst będzie długi, jednak myślę, że warto przez niego przebrnąć, przeczytać, zastanowić się, chwilę pomyśleć i być może podzielić się ze mną swoim zdaniem. Jeśli się ze mną zgadzacie - super. Jeśli nie, to trochę gorzej, jednak mimo wszystko chciałabym żebyście wyrazili w kilku zdaniach dlaczego się ze mną nie zgadzacie. Napisałam ten post ponieważ wielu ludzi nie docenia zwierząt, traktuje je jako element wyposażenia mieszkania, a nie jak istotę z duszą i emocjami, która czuje i przywiązuje się tak jak my. Chciałam w tym tekście poruszyć kilka kwestii dotyczących karygodnych błędów popełnianych przez człowieka w postępowaniu z najbardziej powszechnymi zwierzętami domowymi, czyli kotami i psami. Być może w niektórych fragmentach jestem za ostra, jednak uważam, że przy wielu postępkach człowieka nie powinno być miejsca na litość. Sama nie wiem czy ten post ma jakikolwiek sens, ponieważ w tych czasach gdzie rzucanie dzieckiem o podłogę, zakatowanie innego i wyrzucenie kolejnego na śmietnik stało się codziennością, ciężko jest oczekiwać szacunku i troski w stosunku do zwierząt. Mimo wszystko spróbuję. Może uda mi się przemówić do chociaż jednej osoby.


Post ten piszę z perspektywy kociary i "posiadaczki" kota, dlatego też główny nacisk kładę na te właśnie stworzenia, w każdym razie w poniższych kwestiach można odnieść się także do psów. Zwłaszcza przy pozbywaniu się zwierzaka "z okazji" wakacji. Tutaj zjawisko dotyczy głównie psów. (Słowo "posiadaczki" znalazło się w cudzysłowie ponieważ czasem zastanawiam się czy to ja jestem posiadaczką kota, czy to kot posiada mnie?) ;)


ZNĘCANIE SIĘ NAD ZWIERZĘTAMI.

Bardzo, bardzo boli mnie ten temat. Moim zdaniem prawo jest zbyt łagodne dla skurwieli głodzących, bijących i poniewierających zwierzęta. Każda kolejna informacja o bitym i zagłodzonym zwierzęciu wzrusza mnie dogłębnie. Irytuje mnie natomiast to, że właściwie niewielu ludzi zajmuje się pomocą zwierzętom. W Polsce utarło się chyba takie zdanie, że zwierzę to przecież "tylko" zwierzę. Tak więc po co się nimi przejmować? Jakiś czas temu pewien chłopak napisał pod moim komentarzem: "Nie żal ci czasu na koty?". A no właśnie nie żal mi. Żal mi tylko tego, że nie mam odpowiednich środków na to, żeby pomóc i zająć się większą ilością zwierząt i na większą skalę. Mogę tylko bić pięścią w stół, wkurzać się, płakać i krzyczeć oraz pisać takie posty, mając głupią nadzieję, że ktoś to przeczyta i weźmie sobie do serca. Mogę też przesyłać trochę grosza do różnych fundacji, co też robię. I szczerze polecam to wszystkim tym, którym los zwierząt nie jest obojętny.



PORZUCANIE UDOMOWIONYCH ZWIERZĄT.

Ten temat jest głównym powodem powstania tego posta. Nie wiem jak można pozbyć się zwierzęcia, które mieszkało z człowiekiem kilka lat, przywiązało się, czuło się bezpieczne. I nagle BUCH, ląduje na ulicy lub w schronisku. Okropnie mnie to wkurza!

Wiecie ile w ostatnim czasie przeczytałam historii o oddanych i porzuconych zwierzakach? Kilkadziesiąt. Każdego dnia czytam kolejną historię. Serce mi pęka, a głowa puchnie od wkurwienia. Przepraszam za wyrażenia, ale naprawdę jestem bardzo przejęta sytuacją zwierząt. Koty/psy w najlepszym wypadku oddawane są do prywatnych fundacji, w gorszym wypadku do schroniska, a w najgorszym wyrzucane po prostu jak zwykłe śmieci na ulicę, do lasu, na działkach. 

A jakie są powody pozbycia się pupili? Najróżniejsze.

- Głównym powodem jest oczywiście pojawienie się dziecka, a z tym powodem rozwija się cały wachlarz innych powodów, jak alergia, bezpieczeństwo, brak pieniędzy itp. No bo przecież maluszek może mieć alergię, bo kot może podrapać, skrzywdzić, zabić, bo pies może ugryźć, zagryźć, bo utrzymanie zwierzaka kosztuje, a pojawiły się wydatki w postaci pieluch, mleka itd.

- Kolejnym powodem jest wyjazd na wakacje. O tak. Latem w schroniskach i fundacjach jest prawdziwe zatrzęsienie nowo przybyłych zwierząt. Nagłe zmasowane alergie. Nagle tyle zwierząt jest trudnych w wychowaniu. Nagle nie ma czasu, nie ma pieniędzy i nie wiadomo czego jeszcze. A o co naprawdę chodzi? Rodzinka wymarzyła sobie wymarzone wakacje, w wymarzonym domku, w wymarzonej miejscowości, a ze zwierzakiem nie ma co zrobić. W tym wypadku głównie występują psy. Najczęściej porzucane w drodze, gdzieś na wsiach, wyrzucane na ulice błąkają się w poszukiwaniu swojego "ukochanego" pana. Dobrze jak taki pies trafi do schroniska, źle jak pod samochód lub w ręce nieodpowiedzialnego kretyna z manią wyższości, który dla rozrywki sobie takiego psa skopie.



- Jest jeszcze kilka innych powodów, czasem jest to po prostu znudzenie się zwierzakiem, chęć zastąpienia go nowym, młodszym przedstawicielem.

- Innym razem zmiana miejsca zamieszkania, wyjazd za granicę na stałe.

- Śmierć właściciela. 


I o ile ostatni powód mogę zrozumieć jak najbardziej, bo taka jest niestety kolej życia, o tyle wszystkich pozostałych powodów nie rozumiem, nie akceptuje, a wręcz otwarcie i wrogo je potępiam. Dla mnie mój kot jest członkiem mojej rodziny. I tylko moja śmierć mogłaby spowodować, że znalazłby się on w schronisku. Choć nie sądzę, żeby mój mąż czy moja mama, a zwłaszcza babcia, która jest największą kociarą jaką znam, pozwolili na to, żeby Feniuś został sam. Dla mnie kot to też człowiek, tyle że ofutrzony. Nie wyobrażam sobie oddać go, z któregokolwiek z wyżej wymienionych powodów. Wyprowadziłam się za granicę i kot razem ze mną. Kiedy pojawi się dziecko kot będzie w dalszym ciągu na takiej samej pozycji jak teraz. Kiedy jedziemy na wakacje kot jest zawieziony do mojej mamy. I chociaż teraz nie mamy samochodu i to jest spory problem, żeby przemieszczać się między Berlinem a Poznaniem, to jakoś dajemy radę. Jest trudno, ale co zrobić. Dziecka też nie wyrzuciłabym na ulicę, to i z kotem tego nie zrobię. Biorąc kota wzięłam na siebie odpowiedzialność. Wiedziałam, że trzeba się nim zajmować, karmić, sprzątać po nim, bawić się, opiekować. Owszem są momenty kiedy wkurzam się na niego, bo gdzieś nasika, zwymiotuje, bo zjadł jakieś kwiaty, bo budzi mnie codziennie o 4-5 rano. Ale kocham go tak samo jak innych, tych ludzkich członków mojej rodziny.



PORZUCANIE/ODDAWANIE ZWIERZĄT Z POWODU DZIECKA.

Po obejrzeniu filmiku, na którym około dwuletnie dziecko zaczepia kota, a kot odpowiada agresją i atakuje to dziecko postanowiłam trochę rozpisać kwestię porzucania, głównie kotów, z powodu dziecka. Matka, która tak ochoczo kręciła ten filmik i miała ubaw z całej sytuacji od razu powinna zareagować, dziecku wytłumaczyć, że nie wolno drażnić kotka, bo może on zrobić krzywdę, a kota wziąć zestawić na podłogę i uspokoić. Oddzielić jedno od drugiego. Tymczasem cała sytuacja zakończyła się tym, że dzieciak mocno uderzył kota w głowę, za przyzwoleniem stukniętej mamuśki, na co kot w obronie odpowiedział skokiem na głowę tego dziecka i zrzuceniem go z łóżka. Nie wiem co trzeba mieć w głowie, żeby od małego uczyć i pozwalać dziecku na robienie krzywdy drugiej istocie. Oczywiście nie uważam, że trzeba przymykać oko na agresję zwierzęcia i pozwalać na bezpodstawne ataki, ale nie można też aprobować takiego zachowania ze strony dziecka. Postanowiłam trochę rozwinąć kwestię wywalania/oddawania kotów z powodu pojawienia się dziecka, żeby ktoś nie zrozumiał mnie opacznie. Moim zdaniem to jak zachowuje się dziecko w stosunku do zwierzęcia i odwrotnie zależy tylko i wyłącznie od tego na co pozwala i czego uczy dorosły. Rozsądny człowiek powinien umieć poradzić sobie w takiej sytuacji, a przynajmniej spróbować. Zwierzęta bywają zazdrosne. Nic dziwnego, jak wcześniej były pupilkami, a po narodzinach dziecka zostają odrzucone w kąt i nagle zaczynają zawadzać. Tak nie powinno być. Podobnie jest z pierwszym dzieckiem. Rodzice często popełniają ten błąd, że poświęcają więcej uwagi temu drugiemu, nowo narodzonemu dziecku, a to pierwsze jest wtedy zazdrosne, psoci, jest niegrzeczne. Tak samo dzieje się z kotem - chce ponownie zwrócić na siebie uwagę, dlatego może się niewłaściwie zachowywać, inaczej niż zwykle. I nie rozumiem jak z takiego powodu można się go pozbyć jak niewygodnego śmiecia?! Przecież dziecka też nie wyrzucamy na ulicę, ani nie oddajemy do adopcji, bo było niegrzeczne prawda? Swojego kota oddałabym tylko w ostateczności, gdyby pomimo moich starań nagle coś mu odbiło i stałby się rzeczywiście realnym zagrożeniem dla mojego dziecka. Podkreślam REALNYM, a nie wybujałym przez wyobraźnię. Najważniejsze to nauczyć kota/psa żyć z nowym członkiem rodziny, oswoić z nową sytuacją, a później uczyć dziecko szacunku do zwierząt i nie pozwalać na bicie czy ciąganie za ucho lub ogon. I wszystko może się pozytywnie ułożyć, trzeba tylko chcieć ;)

Nie miałem zamiaru podrapać twego dziecka.
Gdyby nie ciągnęło mnie cały czas za ogon, pewnie nadal miałbym dom.
Teraz jestem brudny i głodny. Ignorancja jest niedopuszczalna.


PODSUMOWANIE.

Nie znajduję w sobie za grosz zrozumienia dla ludzi, którzy porzucają swoje zwierzęta. Nie mam litości w swoich osądach. Wielu po prostu zamiast problem rozwiązać, woli się tego problemu pozbyć. Bo tak łatwiej, szybciej, prościej. Komuś podrzucić i po kłopocie.

Kiedyś czytałam historię psa, którego pani zmarła. Synuś i rodzinka pani zajęli się testamentem, spadkiem i rzeczami po zmarłej, a psa wyrzucili pod blokiem, w którym mieszkał z panią, odjechali w siną dal, nie oglądając się nawet za nim. Piesek siedział codziennie na wycieraczce pod drzwiami dawnego mieszkania. Sąsiedzi go dokarmiali i zaczęli szukać dla niego domu, również przez facebooka stąd o tym wiem. Jest tak wiele takich historii, które mogłabym tutaj przytoczyć, ale szkoda Waszego czasu na czytanie. I tak już dość się rozpisałam.

Podejrzewam, że tylko niewielki odsetek wszystkich porzuceń można faktycznie uzasadnić i zrozumieć. Być może czasem naprawdę powody są poważne i człowiek musi pożegnąć się ze swoim pupilem. Jednak to co czytam każdego dnia pokazuje mi, że zdecydowana większość po prostu "umywa ręce".

MOJA KOCIA HISTORIA.

Wychowałam się wśród kotów. Kiedy się urodziłam w mieszkaniu były trzy koty. I jakimś cudem przeżyłam, nic mi się nie stało i nie mam trwałych uszkodzeń ciała. Co najciekawsze podczas testów alergicznych wyszło, że niby mam alergię na koty, nie dużą, ale jednak. Zwłaszcza jeden z tej trójcy był dla mnie ważny. Mój ukochany "Facet". Zmarł kiedy ja chodziłam do pierwszej klasy podstawówki. Po jego śmierci cierpiałam tak bardzo, jakby zmarł ktoś z "człowieczych" członków rodziny. Choć w sumie on taki dla mnie był. Mama powiedziała, że nie weźmie kolejnego zwierzaka, bo nie chce znowu widzieć mojego cierpienia po jego śmierci. Kolejnego kota miałam dopiero kiedy skończyłam 13 lat, czyli 6 lat po śmierci "Faceta". I ten kot jest ze mną do dziś :) W tym roku skończy 9 lat. 

Podczas tych 6 lat bez kota, miałam chomiki. Ale tak naprawdę cieszyłam się mogąc zająć się kotkami ogródkowymi, bezdomnymi. Teraz jestem dorosła i wiem, że mogłam zrobić dużo więcej niż tylko je dokarmiać. Sądzę jednak, że wielu przedłużyłam życie, prawie codziennie znosząc szynkę, mięsko czy mleko. To, że wychowałam się wśród zwierząt i miałam dobry wzór w dorosłych członkach rodziny nauczyło mnie szacunku i miłości do tych stworzeń. Moje dzieci też będą dorastały przy zwierzakach. Muszą wiedzieć, że zwierzaczki też czują i potrzebują być kochane. 


CO MOŻNA ZROBIĆ? JAK POMÓC?

  • Przede wszystkim rozejrzeć się w swoim mieście, wybrać sobie jakąś fundację czy schronisko i tam pomagać. Niestety wszystkim nie da rady pomóc. Ja wybrałam sobie trzy fundacje, które znalazłam na facebooku i ustawiłam stałe przelewy. Co miesiąc na konto tych fundacji wchodzi ode mnie 10 zł. Pomyślicie, że to mało, uważam jednak, że gdyby 100 osób wpłaciło po 10 zł, to już jest 1000 zł. Z pewnością za jakiś czas ustalę większe kwoty, jednak na razie nie mogę więcej. Polecam Wam to samo, wpłacajcie 5 zł, 10 zł, 15 zł. Jak to się mówi: "Grosz do grosza a będzie kokosza". 
  • Zostać domem tymczasowym. Dobrze opisuje to Fundacja Agapeanimali z Poznania: http://www.agapeanimali.org/index.php?page=30&lang=pl Dom tymczasowy to normalny dom, tylko że nie na stałe. Podejrzewam, że gdybym mieszkała w Poznaniu to zostałabym "tymczasem". 
  • Zostać wolontariuszem dobrej woli. Jeździć na interwencje, wyłapywać bezdomniaki i zawozić je do siedzib fundacji, gdzie zostaną wysterylizowane, podleczone i albo oddane do domów stałych, albo tymczasów, albo wrócą znów na ulicę. Pociecha taka, że już nie będą się rozmnażać.
  • Zrobić zbiórkę w szkole, na uczelni. Zebrać fundusze lub karmę i zawieźć do jednej z fundacji. Może zastanawiacie się dlaczego wspominam o tych fundacjach, a tak rzadko o schroniskach. Bo w fundacjach robią wszystko, żeby zwierzaki wyleczyć, utrzymać przy życiu, usypiają je w ostateczności. Natomiast w schroniskach różnie z tym bywa...
  • Nie brać, nie kupować, nie adoptować zwierząt z pseudohodowli! Ludzie są tak głupi... Rozmnażają koty i psy w domowym zaciszu, myśląc że to takie słodkie, że urodzą im się małe kociaczki i szczeniaczki. Potem rozdają lub sprzedają te zwierzęta byle komu. Później kilka z nich trafia na ulicę, nie wysterylizowane, i rozmnażają się w bardzo szybkim tempie. Ludzie myślą, że to dobry sposób na zarobek. Szkoda tylko, że nie sprawdzają dobrze potencjalnych właścicieli. I w efekcie mamy przepełnione schroniska i fundacje. No bo skąd jak nie od nieodpowiedzialnych ludzi biorą się te wszystkie bezdomne zwierzęta? Kto nad tym zapanuje, jak nie sami "sprawcy"? A jeszcze głupsi są ludzie, którzy kupują te zwierzęta od pseudohodowców. Na facebooku jest od groma ogłoszeń: "Szukam pieska dla mojej suni", "Moja Daisy szuka kotka", "Szukam psa w typie rasy, bez rodowodu" itp. Liczy się tylko zarobek, zero odpowiedzialności. 

Możemy zrobić tylko tyle i AŻ tyle. Spróbuj. Zrób coś. Nie bądź obojętny.


OSTATNIE UWAGI.

A jeśli myślisz, że przestraszenie bezdomniaka jest zabawne to zastanów się kilka razy zanim coś mu zrobisz. Czasem miejsce, w którym kot się znajduje jest jego jedynym ratunkiem. Być może ma tam miejsce, w którym stale pojawia się dokarmiająca pani. Kiedy zostanie przestraszony może uciec, nigdy więcej nie pojawić się w dawnym miejscu, a w nowym nie znaleźć pokarmu i przychylności innych przedstawicieli gatunku. 

Jeśli masz kumpli, dla których fajną zabawą jest dręczenie kota, postaraj się przemówić im do rozsądku. Reaguj na każdego kopniaka ze strony innego człowieka. Jeśli widzisz krzywdę zwierzęcia, pomóż mu. W miejscu, w którym wychował się mój mąż jakiś frajer najpierw skopał jednego kota, a całkiem niedawno do innego ktoś strzelał z broni śrutowej. Ponieważ mąż zna tam wielu ludzi, powiedzieliśmy sobie, że następnym razem jak będziemy w Poznaniu, postaramy się dowiedzieć coś więcej w tej sprawie i tak tego nie zostawimy. Tacy ludzie myślą, że są wielcy jak robią krzywdę słabszej istocie. W rzeczywistości są jednak tylko nędznymi robakami.  

Mam szczerą nadzieję, że jeśli tu trafiliście to dobrnęliście do samego końca tego tekstu i że coś trafiło do Waszego mózgu, że zainteresujecie się pomocą zwierzętom, że nie zamkniecie mojej strony, myśląc: "a tam kolejne biadolenie i tak nic nie mogę zrobić", że wpłacicie choć 5 zł dla jakiejś fundacji, że być może podrzucicie pomysł samorządowi szkolnemu o zbiórce, że zrobicie coś z tych kilku rzeczy, które wypisałam. Gorąco zachęcam do działania i pomocy! :) Może myślisz, że Ty jeden nic nie wskórasz. Pomyśl jednak, że jak zbierze się kilkadziesiąt takich pojedynczych osób jak Ty to razem zdziałacie cuda. Naprawdę warto pomagać. Tyle jest organizacji pomagającym ludziom, dzieciom. Pomóżmy też zwierzętom. One na to zasługują.


A na koniec ja z moim Kicajem ♥



Czekam na Wasze opinie!

10 komentarzy:

  1. wspaniały tekst, Zuza. Prześlę go dalej i bedę udostępniać .Babcia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też nie rozumiem ludzi, którzy dręczą i porzucają zwierzęta.. Pierwszego kota dostałam od koleżanki, a każdy następny był znaleziony na śmietniku czy przy drodze.. Choć marzę o Maine Coonie, to właśnie wolę przygarnąć biednego, głodnego kota, niż kupić rasowego... Jedna kotka jest z nami już prawie pięć lat - znaleźliśmy ją na śmietniku, nie ma ogona, ktoś się pewnie nad nią znęcał, bo strasznie bala się ludzi, ale teraz to wielka pieszczocha :) Drugą kicię siostra znalazła w lipcu przy drodze - ktoś ją przejechał i porzucił.. była mała, jakby urodziła się na wiosnę. Poza tym miała złamaną łapkę i choć mama nie chciała już więcej kotów (mielismy juz 3), to została u nas.. jeździliśmy z nią do weterynarza, chodziła w gipsie, ale łapka się nie zrosła... w styczniu miała pierwszą amputację tej łapy, a po 3 tyg następną, bo lekarz obciął za mało.. Jest cudowna, kochana i taki z niej przytulasek, że nie daje mi spać w nocy, tylko pcha się na poduszkę i kładzie mi na głowe ;p Zauważyłam, że takie koty, które się przygarnie, są bardziej kochane niż te rasowe - chyba chcą tak podziękować za wdzięczność jaką ludzie im okazali przygarniając je..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogromnie cenię takich ludzi jak Ty. Szacun i podziw! Uważam, że takie koty bardziej kochają i się przywiązują, bo czują i wiedzą, że gdyby nie taki człowiek jak np. Ty to już dawno zginęłyby w tym okrutnym świecie. Wiedzą, że zostały uratowane i trafiły w dobre ręce, a swoim przywiązaniem okazują wdzięczność :) Oby było więcej takich ludzi jak Ty :*

      Usuń
  3. Świetny tekst. Już pisałam Ci, że uważam, że jeżeli byłabym zmuszona oddać zwierzaka przez dziecko, to nie zrobiła bym tego bezsensownie, starała się oddać do rodziny bądź znajomych, żeby je odwiedzać, aczkolwiek nie wydaje mi się, żeby to się wydarzyło ;)
    Co do dręczenia zwierząt, to straszne. Ludzie są okropni.
    Biedne zwierzęta, że są takie ufne, a niektórzy ludzie bez serca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Twoje podejście jest dobre, bo wiem, że na pewno nie oddałabyś Sary byle komu i byle gdzie. Ale niestety są tacy ludzie co mają gdzieś los swojego pupila i pozbywają się go jak śmiecia... :/

      Usuń
  4. Wychowałam się na wsi - wyć mi się chce, gdy wspominam to, czego byłam tam świadkiem, wieśniacy traktują czworonogi bardzo, bardzo źle. Teraz mieszkam w miejscowości gminnej - również wiocha - jednak niektórzy traktują tutaj godnie swoje zwierzęta.
    Trzy lata temu odkryłam kościelne psy. Dwie ciasne klatki, nigdy nie sprzątane, z tonami odchodów, psy wyglądały tak strasznie, jak je zobaczyłam, że ja - osoba twarda, nieskłonna do płaczu - wybuchnęłam płaczem. Ciągle płakałam, gdy myślałam o tych biedakach. Ich skóra to była jedna wielka rana, sierść to było wspomnienie, ogony to były tylko małe kosteczki połączone skórą. Psy nie miały wody, jedzenia. Niczego.W najgorszym stanie była najstarsza suka - owczarek belgijski (ksiądz nie lubi kundli, słyszałam, jak tak powiedział). Od dnia, gdy pierwszy raz zobaczyłam kościelne psy nie było wieczoru, żebym u nich nie była. zanosiłam im tony jedzenia, witamin, leków, sprzątałam tony gówien zgromadzone przez lata - robiłam to wszystko moją jedyną zdrową ręką, bo druga jest wiotka, wiecznie na temblaku lub stabilizatorze. Również w ciągu dnia do nich przychodziłam - walczyłam z tym syfem, a kościelny i ksiądz tylko ukradkowo mi się przyglądali, nie proponując żadnej pomocy, mimo, że to dwa spaślaki zdrowe. To już trzeci rok, gdy "mam" te kościelne psy - tę suczkę najstarszą wyleczyłam i zabrałam do mamy. Jest tłuściutką, wesołą staruszką i tylko jej zęby pokazuję, jakie ciężkie lata ma za sobą u księdza. Obecnie u księdza jest sześcioletnia suczka husky i dwuletni labrador. Gdy dwa lata temu labrador nagle strasznie zachorował, zrozpaczona (pies "lał mi się przez ręce") o północy zadzwoniłam do drzwi miejscowego małżeństwa weterynarzy. Od tego czasu przy kościelnych psach pomaga mi pani Renata :) Psy są tłuste, dbam o ich zdrowie, mają ładne smycze i obroże, garnki do ciepłego jedzenia, wody , suchej karmy, ocieplone legowiska, zadaszone klatki - nie miały NICZEGO, NICZEGO :/ Raz w tygodniu zabieram je z na trzygodzinny spacer. Od roku dwóch chłopaków wyprowadza je środku tygodnia. Sprzątanie i karmienie, to jest mój obowiązek -wspiera mnie w nim w.w.pani weterynarz. Marzę o zabraniu psów z tych klatek:/ Niestety, ksiądz jest nie tylko okrutny i głupi, ale także uparty. Prosiłam o interwencję organizacje pro zwierzęce, jednak gdy padało słowo kościół - wszyscy odmawiali. Na jakim my żyjemy świecie?????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Sama mam psa i kota – znajdkę. Mój pies bardzo mi pomaga, gdy muszę oswoić i ułożyć zmaltretowanego psychicznie zwierzaka. Zawsze dziękuję ludziom za pomoc przy zwierzakach na miejscowym forum. Widzę, że daje to b. Pozytywne efekty. Najważniejszy jest rezultat – żeby dać nowe, lepsze życie porzuconemu zwierzakowi, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś niesamowita! Jestem pod wrażeniem historii, którą mi tu opisałaś oraz Twojej postawy. Bardzo się cieszę, że gdzieś w Polsce są takie dobre dusze z sercem pełnym dobra. Aż mnie zmroziło kiedy czytałam o tych okropnych księżulkach. I oni niby reprezentują Boga i głoszą Jego słowo? Jasne. Śmiech na sali... To są pseudo księża, którzy lenią się, zbierają pieniądze do prywatnej kieszeni i żyją jako prawdziwi bezbożnicy. Nie rozumiem dlaczego ich władza jest tak potężna, że nikt nie chce się im przeciwstawić. Przecież to zwyczajni ludzie, którzy tak samo zasługują na karę jak inni. Co do piesków bardzo się cieszę, że mimo swoich prywatnych problemów uratowałaś im życie. Gdyby nie Ty, pewnie umarłyby w tych skandalicznych warunkach. Nie rozumiem dlaczego w Polsce nie ma porządnych organizacji, które pomagają cierpiącym zwierzętom.

      Usuń
  5. P.S. Mam takie spostrzeżenie - napisałaś bardzo ważny, mądry post i co? Trzy osoby wyraziły swoje opinię i poparcie. Gdy pisałaś o ciuchach, czy fryzurze - komentarzy było sporo. O co chodzi? Rozumiem, że lekkie tematy są ważną odskocznią od codziennych stresów, ale.... No właśnie - ale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiałam się czy ktoś to zauważy, bo ja to spostrzegłam już dawno. Kiedy piszę o pierdołach lub wstawiam prywatne zdjęcia z codziennego życia to wielu ludzi zagląda, czyta i komentuje. Widzę to także po ilości wejść na poszczególne posty. Te, w których piszę o mnie są zdecydowanie chętniej czytane. Natomiast te, w których poruszam jakąś istotną kwestię są pomijane, obojętne, nieciekawe. Brak słów mi na to, ale co zrobić, takie czasy, że to co płytkie i proste jest łatwiej przyswajalne, niż to co głębokie i problemowe...

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz i odwiedziny :)